Zimą w parkach robi się cicho. Woda znika pod lodem, ścieżki pustoszeją, ptaki milkną. I właśnie wtedy – paradoksalnie – zaczyna się największy hałas. Nie ten naturalny, ale medialny.
W ostatnich tygodniach wokół stawów w Parku Potulickich narosło wiele emocji. W przestrzeni publicznej pojawiły się alarmujące głosy o rzekomym „zniszczeniu przyrody”, „katastrofie ekologicznej” i „masowej śmierci ryb”. Brzmi groźnie. Tylko czy rzeczywiście jest to prawdziwy opis tego, co dzieje się na miejscu?
Zanim padną kolejne dramatyczne hasła, warto na chwilę zwolnić i odpowiedzieć na kilka prostych pytań: co jest robione, po co, i jakie realne ryzyka faktycznie te działania za sobą niosą.
Co w ogóle dzieje się w Parku Potulickich?
Obecnie w parku prowadzona jest modernizacja elementów układu wodnego – czyli infrastruktury, która odpowiada za doprowadzanie, odprowadzanie i regulowanie poziomu wody w stawach. Mowa o przepustach, zastawkach, wlotach i wylotach, a także o fragmentach umocnień brzegowych. To nie są prace kosmetyczne. Układ wodny w Parku Potulickich to system, który przez lata był eksploatowany, a jednocześnie coraz częściej zmaga się z problemem okresowych niedoborów wody, szczególnie w czasie letnich susz. Bez sprawnych urządzeń regulacyjnych stawy po prostu tracą zdolność utrzymania stabilnego poziomu. Aby takie elementy naprawić lub przebudować, konieczne jest czasowe obniżenie poziomu wody. To standardowa praktyka hydrotechniczna – bez tego nie da się bezpiecznie i trwale wykonać robót.
Spuszczono wodę – czyli ile i gdzie?
Jednym z najczęściej powtarzanych zarzutów jest to, że „woda została spuszczona z całego doprowadzalnika”. W rzeczywistości obniżenie poziomu dotyczyło konkretnego, ograniczonego odcinka doprowadzalnika, a nie całego systemu stawów. To ważna różnica. Skala ingerencji ma bezpośredni wpływ na ocenę ryzyka przyrodniczego – i właśnie tu najczęściej rodzą się nieporozumienia. Łatwo jest powiedzieć „osuszono park”, trudniej wyjaśnić, że mówimy o roboczym obniżeniu poziomu wody na potrzeby modernizacji urządzeń.
A co z rybami i płazami? Tu trzeba mówić uczciwie
Najwięcej emocji budzi pytanie o los zwierząt wodnych. I tu warto oddzielić realne ryzyko od medialnych skrótów myślowych. Zimą głównym zagrożeniem dla ryb w stawach nie jest sam mróz, lecz niedobór tlenu pod lodem. Gdy zbiornik zamarza światło słabiej dociera do wody, fotosynteza niemal zanika, zaś rozkład materii organicznej zużywa tlen. W płytkich, żyznych zbiornikach może to prowadzić do tzw. zimowej przyduchy – zjawiska dobrze opisanego w literaturze naukowej i znanego każdemu ichtiologowi czy hydrobiologowi.
Co istotne – takie zjawiska mogą wystąpić nawet bez jakichkolwiek robót, szczególnie w latach z długim okresem zlodzenia i grubą pokrywą śnieżną.
Czy prace hydrotechniczne mogą wpływać na warunki tlenowe? Tak – każda ingerencja w układ wodny niesie ze sobą pewne ryzyko. Ale równie prawdziwe jest drugie zdanie, o którym rzadziej się mówi: brak sprawnej regulacji poziomu wody oznacza znacznie większe problemy w sezonie letnim, kiedy stawy potrafią dramatycznie tracić wodę. To klasyczny dylemat zarządzania środowiskiem: nie wybiera się między „dobrem” a „złem”, tylko między różnymi rodzajami ryzyka.
Gdzie kończy się troska, a zaczyna podgrzewanie emocji?
Jest zasadnicza różnica między pytaniem: „Czy sytuacja jest monitorowana i czy istnieje plan reagowania?” a zdaniem: „To już katastrofa i wszystko zostało zniszczone.” Pierwsze jest odpowiedzialne, drugie – klikalne. Słowo „katastrofa” w ekologii i hydrologii ma bardzo konkretne znaczenie. Oznacza udokumentowane, masowe straty, potwierdzone pomiarami i obserwacjami terenowymi. Nie jest nim sam fakt obniżenia poziomu wody ani obecność lodu na stawie w styczniu. Problem zaczyna się wtedy, gdy ryzyko przedstawia się jak wyrok, a złożony proces techniczny sprowadza do jednego emocjonalnego hasła.
Park to nie dekoracja, to system
Park Potulickich to nie tylko miejsce spacerowe, ale przede wszystkim zabytek i układ hydrologiczny, który wymaga utrzymania, konserwacji i decyzji – także tych trudnych i niepopularnych. Konserwacja nigdy nie wygląda dobrze na zdjęciu. Jest brudna, zimowa, pełna maszyn i obniżonej wody. Ale jej brak wygląda jeszcze gorzej, tylko zwykle dopiero po kilku latach, gdy stawy zaczynają wysychać, a problemy stają się naprawdę nieodwracalne. Nie każda cisza pod lodem oznacza katastrofę. Czasem oznacza po prostu, że ktoś wykonuje nudną, techniczną robotę, dzięki której park będzie działał także wtedy, gdy emocje dawno już opadną.
2 comments